| ↑Home | Koalicja | Ewidencja | List otwarty Komentarze |
FAQi | Forum | Linki | Kontakt |
Witam
Trzeba by wiele czasu, aby napisać coś naprawdę wnikliwego. W tym momencie mogę jedynie odnieść się do trzech zagadnień, jakie są dla mnie ważne. I nie są to z pewnością dokładnie takie problemy jakie za ważne uważają uczestnicy akcji gronostaj.
1. Jestem zdecydowanym zwolennikiem jakiejkolwiek w miarę sensownej działalności studenckiej w życiu społecznym. Tak ma się tworzyć to, co nazywa się społeczeństwem obywatelskim, a co u nas właściwie nie istnieje. Traktowanie przez studentów uczelni jak niezbyt lubianego zakładu pracy, z którego się ucieka, a nie jako miejsca życia obywatelskiego i forum wymiany myśli jest dla mnie czymś przykrym. Kto ma być twórcą społeczeństwa obywatelskiego, jak nie ci przynajmniej potencjalnie najlepiej wykształceni. I dlatego jeśli pojawia się jakakolwiek inicjatywa, której źródła są jakoś związane z uczelnią, studentami, to jestem za nią z samej zasady, nie zważając czy poglądy, które za nią stoją, uważam za słuszne czy też nie.
2. Co do meritum sprawy i z filozoficzną krytyczną refleksją. Problem stosunku człowieka do zwierząt jest przedmiotem refleksji filozoficznej od jej początków. Od początku elementem tej dyskusji jest założenie, że człowiek to też zwierzę. Nie mam teraz możliwości skatalogowania i przypomnienia sobie kolejnych poglądów starożytnych na te tematy, ale z pewnością można już tam znaleźć wszystkie dzisiaj przyjmowane stanowiska. Chryzyp np. uważał, że zwierzęta to automaty, bo inaczej, czyli przyznając im duszę, podważylibyśmy zdolność do życia człowieka. Człowiek zostałby pozbawiony jedzenia, ubrania, itp. Pogląd, że zwierzę to maszyna w czasach nowożytnych uprawomacniał Kartezjusz.
Cyceron zastanawia się się nad obowiązkami człowieka wobec zwierząt i przywołuje pogląd Empedoklesa, że prawa wszystkich żywych istot są jednakowe. Plutarch --- być może winien zostać waszym patronem --- o ile sobie przypominam, być może najbardziej ze starożytnych domagał się sprawiedliwości wobec zwierząt, gdyż uważał, że ze znęcania się nad nimi rodzi się moralne otępienie człowieka i łatwość z jaką zabijamy zwierzęta przenosi się na łatwość z jaką jesteśmy gotowi zabijać ludzi, trochę inne zwierzęta.
Z pewnością ten ciąg nazwisk można bardzo mocno poszerzyć. Świadczy to o tym, że problem jest fundamentalny, zauważany przez wielu i bardzo trudny. I jak każdy problem filozoficzny nie doczeka się ostatecznego fundamentalnego rozwiązania. Albowiem wymaga apriorycznych decyzji. Na przykład, jesli nawet zgodzimy się, że należy jednakowo chronić każde życie, to powstaje pytanie o definicję życia, a tu już rozstrzygnięcia będą różne. Sądzę, że integryzm i specyficzny absolutyzm nie służą wszelkim stanowiskom, także etycznym.
Człowiek musi przyjąć pewną hierarchię wartości, nawet jeśli go ona boli, albowiem inaczej prowadzi siebie i innych do specyficznego totalizmu, który jest jeszcze groźniejszy niż owo przyzwolenie.
Boli mnie kiedy widzę ludzi bezmyślnie np. łamiących gałęzie drzew, dewastujących w lesie trujące grzyby, agresywnych wobec psów, które posiadają i podobno kochają itp. Ten ból zajmuje jednak pewne miejsce w hierarchii wartości i gdybym był w sytuacji: pies rzucił się na człowieka, który to człowiek go drażnił --- i miałbym strzelać, to bez wyrzutów sumienia strzeliłbym do psa, a nie człowieka. Można to nazwać solidarnością gatunkową, ale chyba coś jest jeszcze poza nią w takim przypadku. Boli mnie, kiedy źle obliczę potrzeby domowe i muszę wyrzucić czerstwy chleb, bo dobro, które jest mi dane ze świata przyrody nie zostało w sposób odpowiedni --- tak uważam --- wykorzystane. Ale nie mam wyrzutów sumienia, kiedy jem chleb i wieprzowinę.
Uważam za ohydne znęcanie się nad zwierzętami w jakiejkolwiek formie, ale gdyby mnie ktoś przekonał, że do zbadania działania jakiegoś leku są potrzebne badania na zwierzętach, nawet połączone z założoną ich smiercią podczas tych badań, to uznałbym, że trzeba je przeprowadzić. Jest tu pewien ból, ale nikt nie powiedział, że człowiek może uniknąć takich bólów, a być może dopiero je przeżywając stajemy się naprawdę ludźmi. Nawet kiedy nie chcemy wielokrotnie zadajemy ból bliskim nam ludziom i nie sposób od tego uciec, odwrócić, musimy z tym żyć i dlatego jesteśmy ludźmi. Innymi słowy poruszając się w świecie wartości jesteśmy skazani na ich hierarchizowanie, a to powoduje, że przedkładając jedne nad inne wywołujemy zło.
Boję się tych wszystkich, którzy uważają, że można zbudować świat bez zła. I znów ten pogląd ma długą tradycję od Platona poczynając, przez pewną interpretację chrześcijaństwa, po marksizm. Zawsze kończyło się to fatalnie. Kto chce wyplenić całkowicie szatana z tego swiata przyczynia się do jeszcze większego jego panowania. Zatem także w przypadku troski o prawa zwierząt, obawiam się, że ten kto fundamentalnie opowiada się za zrównaniem lub chociażby rzutowaniem i analogowaniem tych praw z prawami ludzi, przyczyni się do poszerzenia raczej obszaru zła niż dobra. Co nie znaczy, że nie powinno się o pewne ich prawa troszczyć. Na tej samej zasadzie na jakiej powinniśmy się troszczyć o prawa wszystkich grup społecznych, które z jakiś powodów nie potrafią wywalczyć słusznie im należnych.
To tyle, jeśli chodzi ogólnie o moją refleksję na temat relacji człowiek - zwierzę.
3. Natomiast w sprawie rektorskich gronostajów mam następujące uwagi. Chciałbym na to zagadnienie spojrzeć z szerszej perspektywy --- to takie zboczenie filozofa. Myślę, że miałaby ona inny wydźwięk, gdyby była elementem aktywności studenckiej w innych sferach. Brakuje mi tej aktywności odnośnie np. ściągania, kłamstwa, plagiatów, niekompetentnych wykładowców, itp. Oczywiście to nie jest zarzut do tych co działają w akcji gronostaj. Jednak wymiar etyczny tej akcji byłby zupełnie inny, gdyby była ona częścią zatroskania etycznego studentów w ogóle. Jeśli zaś jest samotną wyspą, to może być potraktowana jako ekstrawagancja, ciekawostka, dowcip.
Czy noszenie gronostajów ma wymiar etyczny związany z naszym stosunkiem do zwierząt? Z pewnością ma. Czy zgodnie z zaprezentowaną przeze mnie w drugiej części tezą o hierarchii wartości, jest to wymiar bardzo znaczący? Moim zdaniem dopóki nie będzie aktywności związanej z innymi problemami --- nie.
Dla mnie np. wątpliwość co do podkreślania tradycji, wagi nauki w społeczeństwie itp. poprzez nakładanie specyficznego ubioru nie wynika z problematyczności tego, z czego jest ten ubiór zrobiony, ale z pytania, czy takie podkreślanie jest zgodne z duchem nauki? Zresztą także ten problem nie jest czymś nowym. Galileusz naraził się starszym kolegom uczonym wierszykiem przeciwko noszeniu togi. Uważał, że noszenie togi jest przeżytkiem, dorabianiem sobie sztucznego autorytetu przez tych uczonych, którzy w sprawach merytorycznych nie mają wiele do powiedzenia. Wtedy miało też to zagadnienie wymiar ekonomiczny, albowiem togę uczony musiał zakupić sobie sam, na co młodych naukowców nie było stać, kupowali zatem jakieś gorszej jakości i w ten sposób jakby automatycznie tracili uznanie.
Kultura europejska zbudowana jest na dwóch filarach: tradycji judeo-chrześcijańskiej /religia/, filozofii greckiej /nauka/. Oba te filary charakteryzują różne rodzaje myślenia. Poszanowanie owej odmienności z jednej strony i umiejętne współdziałanie tam, gdzie to możliwe wielokrotnie było kołem napędowym Europy. Jednak w momencie, w którym jeden ze stylów myślowych próbował ingerować w drugi działy się dramaty. Ofiarą takiego dramatu był wspomniany Galileusz.
Najkrócej mówiąc w idealnej tradycji naukowego myślenia nie ma znaczenia kto wygłasza dany pogląd, ma znaczenie jaka jest jego treść. Siłą myślenia naukowego jest jego krytyczność, dialog, którego każdy uczestnik niezależnie od ubrania jest równoprawny.
W myśli religijnej to, kto wypowiada dany pogląd ma znaczenie. Strój zatem może być elementem ważącym na sile poglądu. Roma locuta causa finita --- Rzym się wypowiedział, sprawa skończona --- ta zasada głosi, że można dyskutować zagadnienia teologiczne do momentu oficjalnego stanowiska papieża; później nie. I jest to racjonalna zasada, jeśli zważamy czym ma być religia. Jednak oczywiście niedopuszczalna w nauce.
Reasumując, podkreślanie strojem tradycji i wagi nauki jest dla mnie niezgodne z istotą myślenia naukowego. Jest to zachowanie związane bardziej z myślą religijną, quasi-religijne.
Nie wiem zatem czy wdrażanie szacunku i autorytetu nauki młodym studentom poprzez uczestnictwo w quasi nabożeństwie z togami jest najlepszym sposobem na budowanie osoby zdolnej do krytycznego, samodzielnego myślenia.
Wyobrażam sobie inaugurację roku akademickiego bez tóg w formie sensownej dysputy, w której przynajmniej potencjalnie każdy, nawet ten pierwszoroczniak miałby prawo zabrać głos. Sądzę, że byłoby to bliższe prawdy tego, czym jest nauka i nie ucierpiałby na tym autorytet nauki i naukowca.
Jak widać można być przeciwko noszeniu togi z różnych powodów. Co więcej uważam, że to z czego jest toga jest tylko formą, i przyznaję --- dla mnie mniej ważną --- za togą kryją się treści, które uważam za dużo ważniejsze.
Dariusz Zienkiewicz
Drogi Panie Doktorze
Dziękuję serdecznie za --- jednak --- dość wnikliwe rozpatrzenie sprawy i obszerny komentarz do akcji. Jest on bardzo interesujący i chciałbym odnieść się do niektórych jego fragmentów.
1. W pełni zgadzam się z Pana opinią na temat roli działalności studenckiej w życiu społecznym. Kto --- jeśli nie studenci --- ma zmieniać obyczaje na lepsze?;)
2. Dziękuję za przytoczenie kontekstu historycznego, to doprawdy pozwala się lepiej zorientować. Wśród historycznych poglądów filozoficznych niewątpliwie odnajdujemy wiele takich, z którymi chętnie byśmy się zgodzili lub odrzucili. Z niektórymi poglądami chętnie byśmy podyskutowali, a inne z kolei --- jak choćby ten Kartezjusza --- zdają się nie mieć w ogóle związku z rzeczywistością.
Doprawdy trudno mi się oprzeć, by nie zrobić tutaj dygresji i nie przytoczyć fragmentu listu Kartezjusza do Henry'ego Moore'a z 1649 roku, w którym opisuje korzyści jakie płyną z przyrównania zwierząt do automatów:
"Moje poglądy są nie tyle okrutne dla zwierząt, ile wygodne dla ludzi --- przynajmniej dla tych, którzy nie dają wiary przesądom Pitagorasa --- uwalniają ich bowiem z zarzutu zbrodni, gdy jedzą lub zabijają zwierzęta."
Wygląda na to, iż Kartezjusz przyjmował do wiadomości ten zarzut, od którego tak sprytnie się uwolnił. Paradoksalnie, ja na przykład nie twierdzę, że zabicie zwierzęcia po to, by się nakarmić, jest zbrodnią, zwłaszcza gdy nie ma innej możliwości zaspokojenia głodu. Za zbrodnię uważam natomiast dręczenie i zabijanie zwierząt dla rozrywki czy dla zbędnego --- w obecnych czasach --- futerka.
Pisze Pan, że problem "praw zwierząt" jest problemem fundamentalnym, wymagającym przyjęcia apriorycznych decyzji. Zgadzam się z Panem całkowicie. Daleki jestem od tego, by ten problem rozstrzygać ostatecznie. Jestem jednak przekonany, że jedne aprioryczne decyzje są lepsze niż inne, bo prowadzą do lepszych rozwiązań.
Pisze Pan również, że "Człowiek musi przyjąć pewną hierarchię wartości, nawet jeśli go ona boli, albowiem inaczej prowadzi siebie i innych do specyficznego totalizmu, który jest jeszcze groźniejszy niż owo przyzwolenie." Mam nadzieję, iż nie uważa Pan, że tzw. "obrońcy praw zwierząt" żadnego systemu wartości nie mają i że prostą drogą zmierzają do "specyficznego totalizmu", który to wcale nie brzmi zachęcająco.
Pisze Pan, że udręka, którą Pan odczuwa, zajmuje pewne miejsce w hierarchii, i że we wspomnianej sytuacji strzeliłby Pan do psa. Zajmuje Pan to stanowisko, i myślę, że ma Pan do tego prawo. Z Pana słów odczytuję jednak, iż gdyby ktoś nie strzelił, zszedłby na manowce, choć być może postąpiłby zgodnie z własnym sumieniem.
Być może zaskoczę Pana, ale ja również strzeliłbym do psa --- gdyby ten rzeczywiście miał zagryźć człowieka. Nie jestem jednak pewien, czy strzelałbym wiedząc, że drażniącemu go człowiekowi pies odgryzie jedynie palec. Podobnie nie wiem czy bym strzelał, gdyby pies rzucił się na człowieka, który usiłował go zabić. Tu być może zarysowuje się jedno z praw, które bardzo chętnie przyznałbym zwierzętom --- prawo do samoobrony. Naturalnie z tego prawa skorzystałyby tylko zwierzęta drapieżne, ale uważam, że lepsze to, niż bezwzględne opowiadanie się zawsze po stronie człowieka.
Pisze Pan, że boli Pana gdy człowiek bezmyślnie niszczy życie i wyrządza cierpienie. Uważam, iż jest to wyrazem szacunku z Pana strony, a także współczucia. A może również i gotowości do poświęcenia choć odrobiny własnego czasu, by niepotrzebnego zniszczenia i cierpienia zaoszczędzić. Żywię ogromną nadzieję, iż widząc, że ktoś na ulicy bije psa lub zakłada kotu worek na głowę, wystąpiłby Pan przeciwko temu, podobnie jak wystąpiłby Pan widząc, że dorosły człowiek bije dziecko.
Pisze Pan, że nie ma Pan wyrzutów sumienia należycie pożytkując dobro dane Panu z przyrody. Daleki jestem od tego, by czynić Panu wyrzuty, lecz głęboko się zastanawiam, na ile coś takiego jak dostępna w sklepach wieprzowina jest dobrem danym z przyrody, a na ile jest wytworem przemysłu mięsnego. Rodzi się tu poważne pytanie, czy gdyby wiedział Pan, że dany kawałek mięsa pochodzi od świni wyhodowanej --- załóżmy --- w okropnych warunkach by jego cena była niższa --- czy kupiłby Pan ten kawałek mięsa i powiedział, że jest to dobro dane Panu z przyrody?
Pisze Pan, że poświęciłby Pan życie zwierzęcia dla ratowania życia ludzkiego. I ja również. Nie poświęciłbym jednak życia zwierzęcia dla przetestowania nowego detergentu, nowej broni chemicznej, czy dla treningu sekcji zwłok.
Pisze Pan, iż boi się "tych wszystkich, którzy uważają, że można zbudować świat bez zła." Zgadzam się z Panem, że taki pogląd jest przeraźliwie naiwny. Zapewniam, iż jestem bezsilny wobec całego zła świata, ale wiem, że nie mogę wobec tego zrezygnować z wystąpienia przeciwko niektórym jego przejawom, przynajmniej tym, które potrafię zidentyfikować jako złe.
"Zatem także w przypadku troski o prawa zwierząt, obawiam się, że ten kto fundamentalnie opowiada się za zrównaniem lub chociażby rzutowaniem i analogowaniem tych praw z prawami ludzi, przyczyni się do poszerzenia raczej obszaru zła niż dobra."
Nie mam wątpliwości, że całkowite zrównanie praw zwierząt i ludzi jest nierealne albo nawet absurdalne. Zgadzam się również, że fundamentalizm nie kojarzy się dobrze, i z reguły nie służy porozumieniu. Uważam natomiast, że wcale nie jest fundamentalnym postulat, aby uwolnić zwierzęta od zbędnych cierpień, wyrządzanych im przez człowieka. Zastanawiam się, co może być złego w zabronieniu człowiekowi hodowli zwierząt futerkowych, która przecież przysparza wielu cierpień, a nie jest mu niezbędna do życia.
Cieszę się, iż przyznaje Pan, że o pewne prawa zwierząt powinniśmy się troszczyć, choć prawdopodobnie różne będą nasze stanowiska w kwestii, jakie prawa zwierzętom powinny przysługiwać. Mam nadzieję, iż wraz z rozwojem cywilizacji, etyczne traktowanie zwierząt będzie nabierało coraz większego znaczenia, a nie na odwrót. Mam również nadzieję, że rozwój techniki nie tylko będzie się przyczyniał do poprawy jakości życia człowieka, lecz również umożliwi ograniczenie cierpienia zadawanego wszystkim stworzeniom zdolnym do jego odczuwania.
3. Co do argumentu o nienaukowym charakterze zwyczaju przebierania się przez rektorów, to zgadzam się z Panem całkowicie. Uważam, że porzucenie tej tradycji wyszłoby na dobre nie tylko zwierzętom, ale również i wielu studentom.)
z wyrazami sympatii
Marcin Suchorzewski